VICTORIA
Nie wiem jak to się stało, że jestem tu gdzie jestem. To znaczy, w pewnym sensie doskonale o tym wiem. W pewnym momencie do mojej głowy wpadł pomysł, który zrealizowałam najszybciej jak potrafiłam. Wiedziałam wtedy jedno – chcę uciec jak najdalej i tak zrobiłam.
Po przebłysku w mojej głowie, do realizacji wszystko potoczyło się błyskawicznie. Wiejski domek zakupiłam oglądając tylko zdjęcia, które zostały mi przesłane przez agenta nieruchomości. Dom należał do starszej, schorowanej kobiety, która nie była w stanie zajmować się już domem ani sobą. Z informacji, które przekazał nam jej syn, był to dom w którym mieszkała ich rodzina od pokoleń. On sam mieszkał w Nowym Jorku i nie chciał dalej się nim zajmować a jego mama rok wcześniej wylądowała w domu spokojnej starości. Dobrze go rozumiałam, jednak ja zrobiłam zupełnie na odwrót. Wszystkie moje apartamenty zakupione podczas istnienia zespołu znajdujące się w Nowym Jorku, Londynie i Los Angeles upłynniłam dorabiając się na nich nie małych pieniędzy. Zasiliły one dodatkowo konto na którym i tak spoczywa całkiem spora kwota. Mogłabym nie pracować do końca życia, utrzymuję się z wszelakich tanitemów, muzycznych oraz z książki, którą kiedyś wydałam. Mam zamiar korzystać z tego jak najdłużej i to bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia.
Przez pierwszych kilka tygodni nawet z niego nie wychodziłam. Bardziej egzystowałam niż żyłam. Niewiele jadłam, praktycznie z nikim nie rozmawiałam, piłam litry herbaty, czytałam książki, które latami kurzyły się na półkach wszystkich moich mieszkań i godzinami gapiłam się w okno. Na wielkie drzewo rosnące w oddali. Codziennie zmieniało się, liście żółkły, opadały, a następnie zostały przykryte przez śnieg. Widok za oknem działał na mnie wręcz terapeutycznie. Nie potrzebowałam wizyt u specjalistów, leków ani odwyków.
Tak naprawdę oczyszczałam się każdego ranka, kiedy otwierałam oczy i otulałam się pachnącą latem i beztroską białą pościelą. Dziś jednak było inaczej. Poczułam, że muszę opuścić łóżko od razu po przebudzeniu. Opatuliłam się moim ulubionym kocem, wsunęłam na nogi dziergane na drutach skarpetki i poszłam do kuchni. Wyjrzałam przez okno. Drzewo od wczoraj niewiele się zmieniło. Nadal pokryte śniegiem nie było dziś samo. Ten widok wprawił mnie w pewne zdziwienie, ponieważ pierwszy raz spotykam tutaj żywą duszę.
Wysoki, postawny mężczyzna bawił się ze swoim psem. Rzucał mu patyki, które ten ochoczo przynosił mu je z powrotem w pysku. Mój dom i mistyczne drzewo znajdowało się od siebie może w odległości 50 metrów, dlatego mogłam dokładnie przyjrzeć się mężczyźnie. Czułam się wspaniale wiedząc, że robię to bezkarnie. Po prostu się patrzę.
I ku mojemu zdziwieniu, po chwili niebieskie oczy mężczyzny wpatrywały się we mnie z intensywnością, której w tej chwili nie rozumiałam. Najgorsze jednak było to, że znałam te oczy. Kochałam je mocno w tamtym życiu. Wspomnienia wróciły jak tsunami zalewając moje serce i umysł z taką intensywnością, że zapomniałam jak oddychać.
Znów zdziwienie. Mężczyzna po prostu uniósł dłoń do czapki, którą miał nasuniętą na głowę i chwytając za daszek ukłonił się do mnie bez większego zaangażowania jakiegokolwiek mięśnia na twarzy, poruszył ustami, najprawdopodobniej wołając swojego psa i odszedł. Zostawił mnie osłupiałą w mojej eklektycznej kuchni, częściowo rozbitą na kawałki. Dawno przepracowałam miłość do Niall’a. Zostawiłam to za sobą. W Londynie, gdzie teraz mieszkał ze swoją żoną i synem. Jednak te oczy… to jak skok na głęboką, lazurową wodę.
Tylko czy ja jeszcze potrafię pływać?



