niedziela, 11 stycznia 2026

E03S07. There's things I wanna say to you, but I'll just let you live...

VICTORIA

ZIMA
 
    Nie wiem jak to się stało, że jestem tu gdzie jestem. To znaczy, w pewnym sensie doskonale o tym wiem. W pewnym momencie do mojej głowy wpadł pomysł, który zrealizowałam najszybciej jak potrafiłam. Wiedziałam wtedy jedno – chcę uciec jak najdalej i tak zrobiłam.
    Po przebłysku w mojej głowie, do realizacji wszystko potoczyło się błyskawicznie. Wiejski domek zakupiłam oglądając tylko zdjęcia, które zostały mi przesłane przez agenta nieruchomości. Dom należał do starszej, schorowanej kobiety, która nie była w stanie zajmować się już domem ani sobą. Z informacji, które przekazał nam jej syn, był to dom w którym mieszkała ich rodzina od pokoleń. On sam mieszkał w Nowym Jorku i nie chciał dalej się nim zajmować a jego mama rok wcześniej wylądowała w domu spokojnej starości. Dobrze go rozumiałam, jednak ja zrobiłam zupełnie na odwrót. Wszystkie moje apartamenty zakupione podczas istnienia zespołu znajdujące się w Nowym Jorku, Londynie i Los Angeles upłynniłam dorabiając się na nich nie małych pieniędzy. Zasiliły one dodatkowo konto na którym i tak spoczywa całkiem spora kwota. Mogłabym nie pracować do końca życia, utrzymuję się z wszelakich tanitemów, muzycznych oraz z książki, którą kiedyś wydałam. Mam zamiar korzystać z tego jak najdłużej i to bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia. 
    Wracając do domku na wsi, co tu dużo mówić - zakochałam się w nim od pierwszego momentu. Mały, przytulny, do lekkiego remontu, który przeprowadziłam sama z moim tatą. Przeprowadziliśmy porządne odgracanie, odświeżyliśmy ściany, ale niewiele zmieniliśmy. Czułam, że jest dobrze tak jak jest. A potem przyszła zima i jak norka zakopałam się w cieple i ramionach tego wspaniałego domu.
    Przez pierwszych kilka tygodni nawet z niego nie wychodziłam. Bardziej egzystowałam niż żyłam. Niewiele jadłam, praktycznie z nikim nie rozmawiałam, piłam litry herbaty, czytałam książki, które latami kurzyły się na półkach wszystkich moich mieszkań i godzinami gapiłam się w okno. Na wielkie drzewo rosnące w oddali. Codziennie zmieniało się, liście żółkły, opadały, a następnie zostały przykryte przez śnieg. Widok za oknem działał na mnie wręcz terapeutycznie. Nie potrzebowałam wizyt u specjalistów, leków ani odwyków.
    Tak naprawdę oczyszczałam się każdego ranka, kiedy otwierałam oczy i otulałam się
pachnącą latem i beztroską białą pościelą. Dziś jednak było inaczej. Poczułam, że muszę opuścić łóżko od razu po przebudzeniu. Opatuliłam się moim ulubionym kocem, wsunęłam na nogi dziergane na drutach skarpetki i poszłam do kuchni. Wyjrzałam przez okno. Drzewo od wczoraj niewiele się zmieniło. Nadal pokryte śniegiem nie było dziś samo. Ten widok wprawił mnie w pewne zdziwienie, ponieważ pierwszy raz spotykam tutaj żywą duszę.
    Wysoki, postawny mężczyzna bawił się ze swoim psem. Rzucał mu patyki, które ten ochoczo przynosił mu je z powrotem w pysku. Mój dom i mistyczne drzewo znajdowało się od siebie może w odległości 50 metrów, dlatego mogłam dokładnie przyjrzeć się mężczyźnie. Czułam się wspaniale wiedząc, że robię to bezkarnie. Po prostu się patrzę.
    I ku mojemu zdziwieniu, po chwili niebieskie oczy mężczyzny wpatrywały się we mnie z intensywnością, której w tej chwili nie rozumiałam. Najgorsze jednak było to, że znałam te oczy. Kochałam je mocno w tamtym życiu. Wspomnienia wróciły jak tsunami zalewając moje serce i umysł z taką intensywnością, że zapomniałam jak oddychać.
    Znów zdziwienie. Mężczyzna po prostu uniósł dłoń do czapki, którą miał nasuniętą na głowę i chwytając za daszek ukłonił się do mnie bez większego zaangażowania jakiegokolwiek mięśnia na twarzy, poruszył ustami, najprawdopodobniej wołając swojego psa i odszedł. Zostawił mnie osłupiałą w mojej eklektycznej kuchni, częściowo rozbitą na kawałki. Dawno przepracowałam miłość do Niall’a. Zostawiłam to za sobą. W Londynie, gdzie teraz mieszkał ze swoją żoną i synem. Jednak te oczy… to jak skok na głęboką, lazurową wodę.
    Tylko czy ja jeszcze potrafię pływać? 

sobota, 10 stycznia 2026

E02S07.Your throat is tight, you can't breathe, another kiss is all you need.

America


Musisz on






Moje aktualne mieszkanie to miejsce, o którym od samego początku wiedziałam, że będę się czuła w nim fantastycznie. Myślę, że w żadnym domu, willi czy innych apartamentach, w których miałam okazję pomieszkiwać, to, jest absolutnie wyjątkowe i magiczne. Po prostu tylko moje.

Jest to jednopoziomowy apartament na najwyższym piętrze budynku, dlatego też mam tę przyjemność korzystać z najlepszego tarasu w okolicy, który urządziłam zupełnie sama, co przyznaję sprawiło, że całkowicie obrosłam w piórkach. Mieszkanie posiada ogromną białą kuchnie z praktyczną wyspą, a także jadalnie i salon. W kolejnych pomieszczeniach znajduje się moja duża, wymarzona łazienka z wanną, prysznicem i sauną oraz sypialnia, która skromnie, posiada same potrzebne elementy. Styl całości jest raczej ciepły, modernistyczny i odrobinę skandynawski. Czyli mieszanka wszystkiego co kocham najbardziej.

Nastał czwartek, a to oznacza, że odwiedza mnie Caroline. Od jakiegoś czasu obiecałyśmy sobie, że będziemy się widywać przynajmniej w co drugi czwartek, ponieważ w ferworze braku czasu i miliona obowiązków, nasz kontakt szybko ograniczyłby się do minimum a tak, mamy pewne postanowienie, którego w dziewięćdziesięciu ośmiu procentach się trzymamy.

Dochodzi godzina szesnasta trzydzieści, więc wstawiam jedynie do piekarnika szparagi. Pure ziemniaczane jest już gotowe, a steki usmażę kiedy moja przyjaciółka zaszczyci mnie swoją obecnością. 

Cieszę się, że nasze kontakty wciąż utrzymują się mimo tego, że każda z nas ma własne życie i swoje własne prace i zajęcia. Co prawda z Caroline jest mi najłatwiej, bo rownież mieszka w Londynie co oznacza, że pokonujemy do siebie najmniejszy dystans. 

Victoria jakiś czas temu osadziła się na wsi w północnym Yorkshire, więc droga zajmuje średnio od dwóch do czterech godzin, zależnie od tego jaki rodzaj transportu wybierzesz. Nie jest najgorzej, w porównaniu do Zoe, która stale utrzymuje wysoki poziom bywalczyni całego świata. Mieszkała już w Bangkoku, Paryżu, Mediolanie, Nowym Yorku i w zasadzie w dziesiątkach innych miast, których nie wymieniłam bo najzwyczajniej w świecie o nich zapomniałam. Wiem jednak, że aktualnie przebywa w Jemenie, a raczej jego stolicy. 

Słysząc dzwonek do drzwi, odstawiam wszystko i biegnę otworzyć.

-Hej, Care! - witam się z nią po jej wejściu. -Uroczo wyglądasz.

-Dzięki. - odpowiada, wręczając mi butelkę wina. -Na zewnątrz jest jakieś piętnaście stopni. Totalne szaleństwo. - zdejmuje płaszcz.

-Prawda? Ale od soboty ma się znowu pogorszyć także świetnie, jeszcze nie chowam ciepłych kurtek.

-To Londyn kochanie, nic nie jest pewne. 

-Nie tak jak w Los Angeles. - odpowiadam, tęskniąc czasami za tamtejszą pogodą i stałym ciepłem.

-Na przykład. - odpowiada, pędząc za mną do kuchni. -Wybornie pachnie.

-Za chwileczkę będzie gotowe. Wrzucam steki na patelnie i zapraszam do obiadokolacji autorstwa Mua. 

-Zawsze byłaś dobrą kucharką. Widzisz jak mi cieknie ślina? - wskazuje na buzię na co się śmieję. Muszę powiedzieć, że kompletnie nie widać po Caroline mijającego czasu. Ostatnio ścięła włosy do szyi, odrobinę je rozjaśniając i mam wrażenie, że wygląda młodziej niż za czasów naszych wczesnych lat dwudziestych. Nie mam pojęcia jak ona to robi ale widocznie brak większych stresów, szczęśliwy związek, zadowalająca kariera zawodowa i w miarę możliwości spokojne życie jej służą.

Po posiłku zasiadamy na kanapie w salonie, delektując się naszym ulubionym białym winem. Te drobne momenty sprawiają, że czuję się bezpiecznie i kojąco, co zdecydowanie jest mi od czasu do czasu potrzebne. Zresztą wydaję mi się, że nam wszystkim. 

-Rozmawiałaś ostatnio z Zoe? - pyta, biorąc łyk z kieliszka.

-Wiesz co, dzwoniła chyba tydzień temu. Szykuje się do jakiejś wielkiej kampanii, jak to Zoe. Nasza najpiękniejsza laleczka.

-Ah, Zoe modelką. To było zresztą oczywiste od samego początku. Pytam, bo dzwoniła do mnie wczoraj iiii… - pozostawia mnie w chwili niepewności. - Oliver się oświadczył.

-Wow! Najwyższy czas! Strasznie się cieszę. Dlaczego ta mała langustynka do mnie nie zadzwoniła? 

-Pewnie zważając na różnicę czasu, nie chciała cię budzić. Wszyscy wiemy jak sobie cenisz sen… - mówi, patrząc na mnie znacząco.

-To prawda - odpowiadam, w pełni się zgadzając i wybaczając Zoe w dwie sekundy.

-A dobrze wie, że ja zazwyczaj siedzę po nocach oglądając seriale albo pracując nad monologami do programu, więc nie miała zbyt dużych oporów zadzwonić. Pewnie dzisiaj cię poinformuje. 

-No to szykuje się kolejny ślub. Wiesz, że każda z nas już była zaręczona oprócz mnie? A dwie z was mają/lub miały mężów. To wydaje się takie nieprawdopodobne.

-Daj spokój. Kiedy to przeleciało? Jeszcze niedawno tańczyłyśmy na stole na imprezach One Direction a teraz wszystkie jesteśmy takie… dorosłe. 

-No w zasadzie już od jakiegoś czasu. - śmieję się. - Ty i Paul w tym roku ile będziecie po ślubie? 

-A bo ja wiem? - mówi, udając, że się mocno zastanawia. -Pięć lat!

-Pięć lat…- powtarzam. - A minęło niewiadomo kiedy. 

-Strasznie szybko mija ten czas. 

-A jak wasze starania jeśli mogę zapytać? 

-W zasadzie za tydzień czeka nas ostatni etap, transfer zarodków no i później najgorsze. Faza oczekiwania, która potrwa od dziesięciu do czternastu dni, więc możliwe, że to ostatnie wino, które pijemy razem przynajmniej na kolejne dwa lata. 

-I za to właśnie powinnyśmy wypić!- uśmiechamy się, stukając kieliszkami. 

-A jak u ciebie skarbie? 

Wzdycham.

-Czasami mam wrażenie, że utknęłam.

-Jesteś gwiazdą Ami! - wymachuje rękami. -Przy takiej karierze i takim dorobku?

-Nie zawodowo. Na szczęście. Tyle dobrego, Boże. Wiesz co mam na myśli.

Kiwa głową.

-Myślę, że to etap przejściowy.

-Czasami mam wrażenie, że jestem już tak długo sama albo pełna dorobków jakichś błędów w relacjach, że nie będę juz potrafiła zbudować nic trwałego ani sensownego. 

-Akurat w twoim życiu, które bywało dość mocno nieprawdopodobne, jest to zrozumiałe. Spotykałaś różnych facetów, z niektórymi wychodziło a z innymi nie. To normalnie nawet jak nie jesteś znaną piosenkarką. Zresztą, komu wyszłoby z Harry’m Styles’em?  

Śmieję się.

-Ty też miałaś niestandardowe życie a jesteś szczęśliwą mężatką.

-Tak, ale znałam Paul’a na samym początku naszej drogi a po drugie od początku wiedzieliśmy, że to musi być to. Po prostu nie potrafiliśmy bez siebie żyć. I dalej nie potrafimy. Kiedy poznajesz tą osobę, myślę, że wiesz. Może nie od razu ale z czasem dostrzegasz szczegóły i emocje, których nie czułaś nigdy wcześniej. - uśmiecha się, głaskając mnie po ramieniu. - Zobaczysz, wszystko się ułoży szybciej niż myślisz. I za to również wypijmy. 


***