America
Music on
America
Music on
-America! Pozwól, że powitam cię w naszych nowych progach. - uśmiechnięty narzeczony Cherry otwiera drzwi, przytulając mnie w wejściu.
-Alan!
-Udawaj, że nigdy tu nie byłaś i widzisz wszystko po raz pierwszy. - śmieję się, bo systematycznie wpadałam tu z wizytą w międzyczasie kiedy się urządzali i praktycznie znam doskonale cały plan mieszkania ale oczywiście widząc finalne wykończenie to nie to samo.
-Nigdy mnie tu nie było. - wzbraniam się rękami, po czym wchodzę do środka.
-Ami! - Cherry dopada mnie w drodze do salonu.
-Przepraszam za spóźnienie, wiesz, że tego nie lubię ale…
-Nic się nie dzieje - pociesza mnie. - Nawet nie jesteś ostatnia. Chodź, przedstawię cię. Alan, weź jej płaszcz!
-Dzięki. - uśmiecham się do blondyna, po czym kroczę dalej w towarzystwie wiśniowowłosej.
-Kochani, to moja najdroższa przyjaciółka America, America to Malcolm, Sierra, Yara, Jay, Peyton, Cassian, Theo i… - nie dopowiada, rozglądając się po pomieszczeniu w poszukiwaniu kogoś, kogo imienia nie dokończyła.
-Hej! - podnoszę rękę z uśmiechem, kiedy znów słyszymy dzwonek do drzwi, nieco przygłuszony przez muzykę, która leci z dużego telewizora.
-Zaraz przyjdę. - mówi, po czym zostawia mnie z resztą towarzystwa.
Malcolm to przystojny, wysoki czarnoskóry mężczyzna, która rozmawia ze wspomnianą wcześniej Yarą, ciemnowłosą dziewczyną z kolczykiem w nosie oraz postawnym Jay’em, który wydaje się być jej partnerem, zważywszy, że trzyma ją uroczo w pasie, szepcąc coś do ucha. Tuż obok nich Peyton, przepiękny chłopak w jeansach, którego uroda przyznaję, zapiera mi dech w piersiach, a koło niego w zasadzie równie przystojny Cassian, ubrany bardzo podobnie do tego poprzedniego, co lekko mnie dziwi ale być może to zwykły przypadek. W stronę kuchennej lady zmierza szczupły, wysoki szatyn, który ma bardzo przeszywający wzrok ale kiedy mnie mija, uśmiecha się lekko, mówiąc „hej” więc jego wyraz twarzy momentalnie nie wydaje się już aż tak surowy. To zapewne Theo. Z odległości widzę, jak podąża do mnie dziewczyna w czarnych lokach, w ślicznej sukience, z ogromnym uśmiechem na ustach, który rozświetla jej piękną twarz.
-Ami! Miło cię poznać. Jestem Sierra. Dużo o tobie słyszałam. Jestem strasznie podekscytowana, że mogę cię poznać.
-Sierra. - uśmiecham się. -Mnie również bardzo miło cię poznać. Nikogo tu niestety nie znam… Oczywiście oprócz domowników. - chichoczemy.
-Oczywiście. Wejście w zupełnie nowe towarzystwo może bywać krępujące. Palisz? Może wyjdziemy na papierosa? - pyta mnie szybko, szukając w tym samym momencie czegoś w małej torebce.
-Ym… Jasne! - odpowiadam, równie chaotycznie rozglądając się po chwili za moim płaszczem ale kiedy widzę, że w nieco chłodny marcowy wieczór Sierra zmierza na taras bez nakrycia wierzchniego, przypominam sobie, że taras jest przecież ocieplany. Dzięki Bogu.
-Częstuj się. - mówi, podsuwając mi pod nos paczkę papierosów, na szczęście cienkich.
-Dzięki. - uśmiecham się, po czym ona odpala mi jednego. Smak na początku jest beznadziejny, nie paliłam całe wieki. -Więc, skąd znacie się z Cherry? - pytam, żeby podtrzymać rozmowę.
-Oh, chodziłyśmy razem do liceum. W zasadzie większość z nas chodziła do jednej szkoły. Yara była z nami w tej samej klasie, jej chłopak Jay w innej ale przyjaźnimy się od lat. Tak samo zresztą Peyton. Jego faceta poznałam niedawno. Zresztą stale ich zmienia, ciężko nadążyć.
-Peyton jest w związku z Cassian’em… - bardziej stwierdzam niż pytam. -Są podobnie ubrani.
-Tak. - śmieje się. - Podejrzewam, że to celowy zabieg. Lubią zwracać na siebie uwagę.
-I naprawdę im się to udaje. - chichoczę razem z nią. Jestem pozytywnie zaskoczona osobowością Sierry. Wydaje się być przesłodka.
-Ja i Cherry poznałyśmy się… - uciszam się na chwilę, bo w zasadzie nie wiem czy powinnam wszystkim rozpowiadać o tym, że znamy się z terapii.
-Tak, tak, wiem. - patrzy na mnie ciepło.- To wspaniałe, że takie rzeczy złączają ludzi.
-To prawda. I wspaniale, że wy tak długo się znacie i wciąż przyjaźnicie. Życie często weryfikuje takie znajomości więc to godne podziwu i totalnie niesamowite.
-Jakoś dajemy radę. Oczywiście bywają chwile, w których absolutnie się nienawidzimy. - śmiejemy się.- Ale ostatecznie wskoczylibyśmy za sobą w ogień.
-Lucy! - słyszymy w tle głos Cherry, która zapewne wita nowego gościa.
-Oh, nie widziałam jej całe wieki. Josh… - kieruje nagle wzrok za moje plecy. Kiedy się odwracam, widzę, że w kącie tarasu siedzi mężczyzna, z telefonem w ręku i niedopitą whiskey, która stoi na stoliku obok. -Zajmiesz się Ami, pod moją nieobecność, prawda… - mówi, nie zostawiając na końcu zdania znaku zapytania. -Jesteś w dobrych rękach. - uśmiecha się po raz ostatni w moją stronę, zostawiając mnie lekko oszołomioną.
Po pierwsze, nie miałam pojęcia, że ktoś tu jeszcze jest. Stanęłyśmy z Sierrą bokiem, więc automatycznie nie wiedziałam co znajduje się za moimi plecami. Nie rozglądałam się po całym tarasie ponieważ doskonale wiem jak wygląda, był gotowy długo przed parapetówką, więc miałam okazję się zapoznać z jego wystrojem. Po drugie, już wiem kogo nie przedstawiła Cherry. Josh, o którym tak dużo opowiadała, a który akurat w momencie mojego przyjścia zapodział się na tarasie. A teraz mam zostać z nim sam na sam. Fantastycznie.
-No tak… - udaję mi się wymsknąć. Beznadziejna sytuacja. - Josh. Znam cię. - kontynuuję, kiedy ten patrzy na mnie z lekkim uśmiechem na ustach. Wydaję mi się, że świdruje mnie wzrokiem na wylot, więc momentalnie się czerwienię i odchrząkuję tę gulę w gardle, która pojawiła się znikąd. Chłopak wstaje i opiera się o barierkę obok mnie. -Z opowieści Cherry. - prostuję wypowiedź, bo mogło to z początku zabrzmieć nieco creepy.
-Cherry… Lubi opowiadać innym ludziom o ludziach, których nawet nie widzieli na oczy.
-To źle? - pytam, bo nie wiem czy ma pretensje czy o co w zasadzie chodzi.
-Nie.
-Tylko zależy od tego czy mówiła dobrze?
-O to bym się nie obawiał. Cherry jest szczera. Nie ukazuje kogoś w superlatywach jeśli sama wie, że rzeczywistość jest inna.
-Cóż. W takim razie z tego co na razie wiem o tobie, nie posiadasz żadnych wad.
Prycha z uśmiechem.
-Widocznie nie wiesz aż tak dużo. A ty… jesteś tamtą dziewczyną z imprezy.
-Jaką? - pytam oszołomiona.
-Tą, którą idzie na papierosa nawet nie paląc.
Prycham.
-Widocznie miewam problemy z asertywnością. A ta dziewczyna z imprezy, to America. - podaję mu rękę, przedstawiając się oficjalnie, pokazując oczywiście tym samym klasę i brak urazy.
-Ja również cię znam. - odpowiada, kiedy jego ciepła dłoń dotyka mojej, nieco chłodniejszej. Widocznie ogrzewanie tarasu nie jest tak doskonale przygotowane na pięciostopniową temperaturę na zewnątrz. -Zresztą każdy tutaj cię zna. Sierra, twoja koleżanka od papierosa zapewne również. - śmieje się, przez co ton jego głosu i jakość tego zdania nie wydają się być chamskie a jednak żartobliwe, co dodaje mi otuchy.
-Cóż, mam tego świadomość i nie będę udawała, że jest inaczej. Zresztą podobno jesteś aktorem, chyba sam wiesz jak to jest.
-Nie traktuję tego jako pierwszorzędnego zajęcia.
-Rozumiem…
-Czekaj, czekaj… Z czego jesteś znana, przypomnij? - pyta, na co reaguję śmiechem.
-Jestem… Byłam… - plątam się, po czym wzdycham. -Jestem piosenkarką. - mówię, a ciepło jego uśmiechu obejmuje moją twarz. W momencie jestem zadowolona z oświetlenia, które wyraźnie świeci za naszymi plecami, bo dzięki temu dostrzegam kolor jego oczu. Są zielone, z domieszką szarości. Lekki zarost podkreśla żuchwę, a odstające uszy są najbardziej uroczymi uszami jakie w życiu widziałam ale łapiąc się na zbyt natarczywej obserwacji, odwracam wzrok bo tak szybka ocena kogoś pod względem atrakcyjności i tego co uważam w nim za „urocze” wydaje się jednak nieco przesadą.
-Zawsze tak mierzysz ludzi wzrokiem, czy tylko tych, którzy mogliby cię znokautować? - pyta, budząc mnie z transu.
-Tylko tych, którzy udają, że nie chcą zostać rozpoznani.
Lekko się uśmiecha.
-A ty? Kim jesteś, kiedy nikt nie śpiewa twoich piosenek?
Następuje chwila ciszy. Zastanawiam się, bo tak naprawdę sama do końca nie znam odpowiedzi na to pytanie.
-Kimś, kto nie lubi ciszy. - odwzajemniam uśmiech.
-Napijesz się czegoś? - pyta.
-Chyba jeszcze chwilę tu zostanę. Może wywietrzeje ze mnie ten papierosowy zapach. - prycham.
-Zapytałem czy się napijesz. Z zamiarem przyniesienia ci tego, co tylko chcesz. - zbliża twarz do mojej o kilka centymetrów, jakby przekazywał mi sekret. -Robię naprawdę świetne drinki.
-Wspaniale… Może być drink.
-Na pewno? - pyta podejrzliwie, na co zaciskam wargi.
-Nie… Tak naprawdę nie przepadam za drinkami. Jeśli już to wolałabym białe wino.
-Tak czułem. Widzisz… Dajesz sobie radę z asertywnością.
Uśmiecham się.
-Zaraz wracam.
Siedzę przez chwilę sama, biorąc głęboki wdech. Wiosna powoli daje o sobie znać, a w powietrzu czuć mieszankę wilgotnej ziemi, budzącej się do życia roślinności oraz rześkiej aury. Zapach ten jest intensywny, świeży i lekko słodkawy, sygnalizując koniec zimy - co cieszy mnie najbardziej.
-Ami! - Cherry pojawia się nagle przy moim boku. -Dlaczego siedzisz tu sama? Cholera, nie mogę nigdzie znaleźć Josh'a, nie wiem gdzie on się podział. - mówi, intensywnie gestykulując, przy okazji nie dając mi dojść do słowa czym kompletnie mnie rozbawia. -Naprawdę chcę, żebyście się w końcu poznali!
-Spokojnie… Może gdzieś uciekł? - staram się troszkę ją pooszukiwać.
-Nie zrobiłby tego. - pauzuje. -Chociaż… Przed chwilą przyszła Lucy. Zapewne nie jest to dla niego zbyt komfortowe.
-A kim dla niego jest Lucy?
-Jego ex. - patrzy na mnie, mrużąc oczy i usta. Zapewne nie chciała, żebym tak szybko się o tym dowiedziała. Ku jej zdziwieniu, śmieję się.
-Jesteś niemożliwa, Cherry. Chcesz mnie z nim swatać przy jego byłej dziewczynie? - pytam, bo wydaje się to być tak wspaniałomyślne, że wpaść na to mogła tylko Cherry.
-Oj Boże, każdy z nas ma ex, bez przesady. Poza tym, to już od dawna koniec. A zresztą, nikogo to nie obchodzi. Zaraz po niego pójdę… - mówi, kiedy w wejściu tarasu zjawia się właśnie Josh.
-Proszę bardzo. - wręcza mi kieliszek wina, który przyjmuję od niego z uśmiechem na ustach.
-Dziękuję. A ty nie pijesz?
-Rzadko. - odpowiada. -A jeśli już, to później jestem nie do zniesienia. Bywam nazbyt zabawny, uwierz, byłabyś wykończona.
-Halo? - Cherry wtrąca się w zdanie. - To wy się jednak znacie?
-Oh, tak. - odpowiadam. - Nie zdążyłam ci powiedzieć. - patrzę na Josh’a z uśmiechem, i wydaję mi się, że poznał, iż gramy w grę Cherry.
-Tak, wiemy o sobie prawie wszystko. Na tarasie szybko mija czas.
Cherry przełyka ślinę, lekko zdezorientowana ale raczej zadowolona z takiego obrotu sprawy.
-Dobrze więc, w takim razie zostawię was. Muszę przygotować sausage rollsy.
Po jej wyjściu, siadamy na bujanej kanapie, która znajduje się w drugim roku tarasu. Biorę łyk wina. Tak tu spokojnie i miło.
-Więc, mam rozumieć, że teraz jesteś na wakacjach od bycia ikoną?
Prycham.
-A ty jesteś na wakacjach od obijania ludzi czy to twój stały talent?
-To zależy. Dzisiaj rozważam karierę… być może poety?
-O nie! Bokserzy nie mogą być poetami. To zbyt niebezpieczne połączenie. Ale mamy coś wspólnego. Na scenie też często dostaje się ciosy. Tylko nie widać siniaków.
-A ja myślałem, że największym zagrożeniem dla ciebie jest fałszywa nuta?
-Fałszywa nuta boli bardziej niż lewy sierpowy, uwierz. - nastaje moment ciszy, więc wykorzystuję go na dwa łyki wina.
-Dlaczego przestałaś śpiewać?
-Nie przestałam. - patrzę na niego lekko zdziwiona tym pytaniem. - Po prostu, nie dla wszystkich.
-To może kiedyś zaśpiewasz dla mnie?
-Może… - odpowiadam z podniesioną głową, rozbawiona. - Jak zasłużysz.
-Wiesz, że większość ludzi przy tobie się spina?
-A ty?
-Ja trenuję, żeby się nie spinać. - kąciki naszych ust znów się podnoszą, a ja mimowolnie ląduję wzrokiem na jego dłoniach, które nie są pozbawione blizn, mniejszych czy większych. To tylko pokazuje jego ciężką pracę, zapał i poświęcenie.
-Lubisz być podziwiany?
Wzdycha.
-Zależy. Lubię być rozumiany. To rzadsze.
-To prawda… - spoglądam na niego ale mój wzrok po chwili sprowadza się do sytuacji w środku mieszkania. Jest tam całkiem sporo ludzi, a myśl, że niebawem wypadałoby opuścić ten taras, jest lekko przerażająca.
-Uciekasz czy myślisz jak zrobić wielkie wejście z opóźnieniem?
-Obserwuję teren. Zawsze warto wiedzieć, gdzie są wyjścia ewakuacyjne.
-Aż tak źle?
-Nie… - kręcę głową, karcąc się za swoje słowa, bo wychodzę na straszną introwertyczkę. -Po prostu… nie lubię nie wiedzieć, czego się spodziewać.
-To mamy kolejną wspólną cechę. Bo wiesz, ja też wolę wiedzieć, skąd może nadejść cios.
Parskam cicho śmiechem.
-Urocze. Czy ty porównujesz rozmowę ze mną do walki?
-Nie. - odpowiada spokojnie. - W walce wiem, jakie są zasady. Z tobą jeszcze ich nie znam.
Spoglądam na niego po raz pierwszy chwilę dłużej.
-Może nie ma zasad.
-To ryzykowne.
-Lubię odrobinę ryzyka. - odpowiadam odważnie. - W teorii.
-A w praktyce?
Zawieszam głos. To zapewne ten moment, gdzie widać moją niepewność. Staram się odpowiedzieć pół żartem, pół serio.
-W praktyce analizuję wszystko przez trzy dni, konsultuję z terapeutką i dochodzę do wniosku, że zapewne powinnam była powiedzieć coś mądrzejszego.
Josh uśmiecha się ciepło.
-Brzmi jak ktoś, kto naprawdę chce, żeby tym razem przyszło coś dobrego.
Lekko mnie tym zaskakuje.
-Zawodowo analizujesz ludzi czy to taki bonus do bycia aktorem?
-Nie. Po prostu… kiedy ktoś jest ostrożny, zwykle ma ku temu powód.
Zaczynam bawić się pierścionkiem, bo z pełnej luzu, śmiechu i sarkazmu rozmowy, zaczęło się robić… poważniej?
-Niektóre powody są mało romantyczne. - odpowiadam, zerkając na swoje dłonie.
-Nie interesuje mnie przeszłość, której nie mogę zmienić, a raczej to, czy się uśmiechasz, kiedy ze mną rozmawiasz.
I teraz naprawdę się uśmiecham, jakby sama do siebie, dlatego staram się to ukryć.
-Może to nerwowy tik. - odpowiadam, znów z sarkastyczną tarczą. On zbliża się do mnie minimalnie, lecz na tyle, by nie naruszyć mojej przestrzeni.
-Nie. Tik trwa sekundę. Ty uśmiechasz się za długo.
Cisza. Miasto w tle. Patrzy na mnie i nie mruga pierwszy. Przełykam ślinę ale zamiast się wycofać, unoszę brew.
-A jeśli to tylko adrenalina?
-To też dobry znak. Akurat tak się składa, że dobrze działam pod presją.
-Ludzie! Chodźcie do środka! W ogóle was nie widać! - Alan wpada jak bumerang, otrząsając nas z tej długiej, pełnej skrajnych obrotów spraw rozmowy. Kiwamy głowami i wstajemy, podążając w jego kierunku. Muszę przyznać, że było to naprawdę ciekawe doświadczenie.
-No proszę! - Cherry ponownie na nas wpada, kiedy wchodzimy do środka. - Już myślałam, że uciekliście razem do Vegas.
-Sprawdzałam tylko wyjścia ewakuacyjne. Josh robił za ochronę.
-Płatną. - dopowiada. -Przyjmuję zapłatę w postaci dobrego alkoholu.
-Czyli jednak będziesz jeszcze dzisiaj zabawny? - pytam, wspominając jego wcześniejsze słowa.
-Zobaczymy jak się potoczy wieczór.
Minęła kolejna godzina, a ja zdążyłam porozmawiać już z większością obecnych tu osób, zostawiając na razie Josh’a, i on mnie - w spokoju. I mówiąc szczerze, diabeł nie jest tak straszny, jak go malują, ponieważ wszyscy, z którymi faktycznie miałam okazję zamienić kilka słów, to wspaniali, zabawni i ciepli ludzie.
-Oh, jesteście cudowni. I ten styl… Wyglądacie niesamowicie. - kieruję słowa do Payton’a i Cassian’a. Dokładnie tej pary gejów, o których wcześniej była mowa i najprzystojniejszych facetach, których widziały moje oczy. Rozmawiam z nimi już od dwudziestu minut i nie mogę się na nich napatrzeć.
-Dzięki skarbie! Od dzisiaj zostajesz naszą ikoną i prywatną przyjaciółką. Mamy tyle wspólnego! - Payton obejmuje mnie ramieniem, przywierając bokiem twarzy do mojej. Uroczy chłopak.
-Tak! Koniecznie musisz do nas wpaść, zrobimy nocowanie z ikonicznymi przebierankami. - dopowiada Cassian.
-I oczywiście duuuuużą ilością tequili. - przerywa jego partner, na co ten mu wtóruje.
-Da! Wiadomo.
-Nie mogę się doczekać!
Jakimś cudem Cherry i Alanowi udaje się zebrać wszystkich gości w salonie, a los chce, że siadam obok Josh’a, co nie było ani ukartowane ani w jakikolwiek inny sposób zaplanowane. Uśmiecha się do mnie nieznaczenie, a ja to odwzajemniam. Rozmawiamy dosłownie o wszystkim, i każdy ma coś do powiedzenia. Zazwyczaj zabawnego i niezobowiązującego. Opowiadają historie z dawnych lat, wspominając piękne ale i te żenujące momenty, a ja przez chwilę łapę się na tym, iż żałuję, że mnie one nie dotyczą i nie mogę powspominać swoich lat młodości ale one dotyczą głównie The Fame i One Direction, więc jakby to powiedzieć… Całkowicie inny temat.
Tymczasem w tle cały czas słychać śmiech wśród wszystkich gości, a atmosfera jest naprawdę luźna. Ktoś podaje komuś drinki, inni wracają z toalety, a jeszcze inni z papierosa. Rozmowa schodzi na filmy, treningi i ostatnie projekty.
-Josh, serio rozwaliłeś ten worek treningowy w zeszłym tygodniu? - pyta Jay, na co ten wzrusza ramionami.
-Był słabszy psychicznie.
-Powinien iść na terapię. - odpowiadam kąśliwie, na co ten uśmiecha się lekko, spoglądając w dół.
-A ty? - odzywa się nagle piękna blondynka. Lucy. Elegancka, spokojna, z uśmiechem „jestem bardzo miła”. -To musi być dziwne… tak nagle zniknąć ze sceny. - robi pauzę, kiedy na nią zerkam. - Nie boisz się, że ludzie szybko zapominają?
Cisza nie jest dramatyczna. Ale jest wyczuwalna. Na chwilę zastygam, bo to widocznie mój czuły punkt.
-Ludzie zapominają piosenki szybciej niż uczucia. - patrzę na nią z takim samym spokojem.-A ja wolę zostawiać coś, co trwa dłużej niż sezon.
Kilka osób kiwa głową, ktoś mruczy „ładne”, co jest dla mnie niezmiernie miłe, bo to oznacza, że jakoś wybrnęłam.
-Ja na przykład nie wyobrażam sobie zostawić teatru.
-Ale i tak dostajesz sporo ról w filmach! - Cherry stara się jakoś wtrącić.
-Tak, cóż… Filmy, seriale, epizodyczne role. - wzdycha Lucy. - Każdy je może dostać, w tych czasach nawet ten, który nie ma talentu aktorskiego. - wzrusza ramionami. Nie wiem czy już jestem przewrażliwiona, czy to przytyk w moją stronę i to, że sama brałam udział w epizodycznych rolach, co aktualnie nie uważam, żeby było potrzebne ale to były czasy kiedy chciałam robić absolutnie wszystko, żeby cały czas być na świeczniku. Być może to tylko głupie domysły, bo nie wydaję mi się, żeby Lucy w jakikolwiek sposób miała śledzić moją karierową ścieżkę.
-Teatr to coś prawdziwego i nieomylnego. Dla tych prawdziwych. Ale odważnie Americo. Większość artystów boi się przerwy.
-Większość ludzi boi się robić coś w swoim tempie. - Josh wtrąca się do rozmowy. Nie jest to atak, a raczej wsparcie. Wsparcie dla mnie. Spoglądam na niego. Krótkie spojrzenie jest wystarczające. Atmosfera rozluźnia się i na szczęście ktoś zmienia temat. Lucy jednak nie odpuszcza na tyle ile mogłoby się wydawać, że odpuści.
-Josh zawsze lubił kobiety z pasją. - zerka nie wiedzieć dlaczego na mnie. -Mam nadzieję, że scena nie była jedyną. - przytyk wydaje się być wyrazisty na tyle, że Sierra zwraca jej cicho uwagę.
-Spokojnie. - zaczynam z uśmiechem. -Nudzę się tylko w poniedziałki.
Josh chyba zauważa, że to maska, bo po chwili nachyla się do mnie i odzywa półgłosem.
-Dla mnie jesteś najbardziej interesującą osobą w tym pokoju.
I na ten koniec wieczoru, to jest ten moment, w którym faktycznie czuję adrenalinę.
***


