America
10 marzec, 2022
837. To liczba dni, które upłynęły od mojego ostatniego dużego koncertu w Londynie. W zasadzie od jakiegokolwiek mojego dużego koncertu. Co prawda brałam udział w pojedynczych wystąpieniach telewizyjnych, a nawet epizodach różnych seriali ale poza tym od tamtej pory pragnęłam nieco odsunąć się w cień jeżeli chodzi o muzyczne przedsięwzięcia czy miesięczne trasy, które pochłaniały mnie tak bardzo, że w niektórych momentach sama nie poznawałam siebie i nie wiedziałam kim tak naprawdę jestem. Potrzebowałam czasu, żeby poskładać swoje życie od nowa kawałek po kawałku i doświadczyć chwil, w których nie będę stale pod odstrzałem mediów i gwiazdą w błysku fleszy. Dlaczego? Bo właśnie tego chciałam, ponieważ pozwalały mi na to moje środki, styl życia i generalnie psia kostka, dlaczego nie?
Dzięki tym 837 dniom zrozumiałam, że moje życie nie musi kończyć się na pozowaniu na czerwonym dywanie, śpiewaniu do kilkunastu tysięcy ludzi na koncertach i stałym siedzeniu w studio muzycznym nie mając czasu ani chęci na jakiekolwiek inne aktywności, interakcje z ludźmi czy choćby spacer wieczorną porą, nawet w pojedynkę.
A teraz? Jestem naprawdę zadowolona z życia jakie prowadzę.
Mieszkam w niewielkim, ładnym apartamencie z długim tarasem i widokiem na park przy Marylebone w Londynie, robię to co lubię a nie to co muszę, starcza mi czasu na przyjemności i obowiązki, spotkania z przyjaciółmi oraz rodziną i cholera, lubię to nowe życie.
Dwa lata to spory kawał czasu, a z racji tego, że przez ostatnią dekadę byłam nieustannie w ruchu to czasami ciężko było mi nie robić nic, stąd podejmowałam decyzje o angaż w niewielkich projektach ale pilnowałam przy tym mojego zdrowia fizycznego, a co ważniejsze - psychicznego. Chodzenie na terapię bardzo mi pomogło zrozumieć pewne rzeczy, które się wydarzyły, a na które często nie miałam wpływu. Które mnie uwierały, przez które cierpiałam i w jakiś sposób nie mogłam sobie dać z nimi rady w pojedynkę. Nieszczęśliwe miłości, utrata ciąży, medialne koszmary, spory z najbliższymi, nerwica, depresja i ogromna część moich zachowań, które często również były naganne ale nie brały się znikąd. Właśnie to mogłam w końcu zrozumieć, zamknąć wiele rozdziałów, by otworzyć się na nowe i po prostu wybaczyć. Wybaczyć rodzinie, przyjaciołom, Harry’emu, Ashton’owi, losowi ale przede wszystkim wybaczyć sobie.
Dlatego też podjęłam decyzję o pozostaniu w Londynie. Przekonałam się, że wcześniej pragnęłam uciec daleko stąd, ponieważ myślałam, że całe to szambo, które mi się przytrafiło pozostawię za sobą, lecz po kilku miesiącach mieszkania w Los Angeles po prostu nie dałam rady. Czułam się obco, samotnie i stale chodziłam rozgniewana. Pomimo, że otaczało mnie mnóstwo tamtejszych przyjaciół czy ludzi, którzy okazywali się przyjaciółmi tylko na imprezę, świadomość tego sztucznego życia mnie przerastała i całkowicie przerażała. To wtedy powolutku zatracałam się coraz bardziej i traciłam siebie. Zdałam sobie sprawę, że to nie ucieczka jest rozwiązaniem na kolejny krok w poukładaną przyszłość a przepracowanie problemów jeden po drugim.
Ten ważny element mojego życia pozwolił mi wrócić do normalności pozostawiając za sobą opanowanie, radość - taką prawdziwą i spokój. Ogromnie cieszyło mnie rozwiązanie starych spraw i przetarcie wszystkich murów, dzięki czemu znowu miałam wspaniały kontakt z dziewczynami z zespołu i ludźmi, którzy okazali się jednak tymi prawdziwymi, nie tylko na chwilę.
I właśnie w dniu dzisiejszym, w to zaskakujące marcowe południe zmierzałam na spotkanie z moją przyjaciółką Cherry, którą poznałam rok temu na terapii grupowej, bo tak, na taką również uczęszczałam i była to jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. Tam nie byłam Americą Carter, znaną, nieskazitelną piosenkarką, przy tym z masą medialnych skandali. Tam byłam po prostu Americą. Zwyczajną dziewczyna z Bristolu, którą po drodze spotkały niezwyczajne rzeczy. Cherry to wiedziała, znała mnie bardzo dobrze, nie oceniała, nie doradzała, po prostu była i podnosiła na duchu w momentach, w których tego potrzebowałam. Ona sama zmagała się z nieprzepracowanymi koszmarami z dzieciństwa, między innymi przedwczesną śmiercią matki, wychowywaniem przez ojca alkoholika i tą cholerna samodzielnością, której musiała się nauczyć tak wcześnie. Przyznaję, że czasami moje problemy przy jej problemach wydawały się błahe ale ona zawsze karciła mnie za te uwagi. Mówiła, że każdy z nas nosi na barkach swój krzyż i nie powinniśmy się nawzajem spierać, który z nich jest cięższy bo tak naprawdę tylko demony się z tego śmieją, a ich po prostu nie warto dłużej karmić naszam lękiem.
-Witam piękną panią! - witam się z nią, wchodząc do naszej ulubionej kawiarni w dzielnicy Soho. Malutkiej, kameralnej ale niezwykle urokliwej. Chyba te trzy cechy nas w niej urzekły najbardziej. No i fakt, że podają najlepszą cynamonową Mokkę w Londynie.
-Cynamonowa Mokka razy dwa, moja droga - odpowiada, jak zwykle z uśmiechem na ustach. Cherry jest z rodzaju tego typu ludzi, którym uśmiech faktycznie rzadko schodzi z twarzy i uwielbiam w niej tą pozytywność. Pomimo jej życiowych rozterek ona zawsze widzi iskierkę w tunelu i patrzy na życie z radością.
-Dziękuję. - zajmuję miejsce obok niej. -Miałam na nią ochotę cały poranek.
-Floral Cafe, miejsce, w którym marzenia się spełniają. - wzrusza ramionami. -Jak tam pobyt u rodziców? - pyta, bo faktycznie nie widziałyśmy się przez ostatni tydzień, co jest absulutnym skandalem bo zazwyczaj mamy przerwę maksimum dwóch dni. Jakiś czas temu postanowiłam pojechać na kilka dni do rodzinnego domu, żeby pobyć z najbliższymi i troszkę odreagować. Pomimo, że mamy do siebie niewiele bo około 2,5 godziny drogi, to jednak na dłuższą metę nie pozwala to na zbyt częste widywanie.
-W porządku. Tata otwiera jakiś warsztat samochodowy. - mówię, wciąż nieco zdziwiona, bo chyba nie przyzwyczaiłam się do myśli, że pomimo wieku, wciąż ma w sobie tyle werwy i wpada na co nowe pomysły.
-Proszę, proszę, zapracowany pan Carter.
-Nawet nie zaczynaj. Czasami dziwię się, że mu się jeszcze chce. - zerka na mnie podejrzliwie.
-A ja nie, bo jesteś dokładnie taka sama.
-W zasadzie masz rację. Szajbnięta rodzinka. - skitowałam. -A poza tym wszystko dobrze. Nawet wypoczęłam. Chyba przez to, że praktycznie zawsze z kimś mieszkałam to cały dom ludzi nie przeszkadzał mi na tyle, ile się spodziewałam. A ty co robiłaś?
-Szczerze? W sobotę wieczorem już nie wiedziałam jak się nazywam, w co włożyć ręce i jaki mamy rok. Ta przeprowadzka mnie wykończyła psychicznie i fizycznie. Ale po jutrze powinno być wszystko gotowe i spędzimy w nowym mieszkaniu pierwszą wspólną noc! - podnosi ręce ku górze w efekcie radości, a ja cieszę się razem z nią. Wiem ile ją to kosztowało, zwłaszcza, że sama wszystko projektowała, wybierała płytki, meble dodatki, i pilnowała każdego, nawet najmniejszego szczegółu.
-W końcu! Mam wrażenie, że od zakupu tego mieszkania do dzisiaj minęło jakieś sto lat.
-Jak nie dwieście. - mówi, biorąc łyk kawy. -Ami, mam do ciebie pytanie.
-Mam się bać?
-Tak sobie ostatnio myślałam. - ignoruje moje pytanie. -Jesteś już tak długo sama…
-Już to przerabiałyśmy… Nie. - odpowiadam szybko, chichocząc.
-Ale ile to jeszcze potrwa!? Jesteś w najlepszym wieku w jakim możesz być, jesteś dojrzała emocjonalnie, wiesz czego chcesz, na dodatek szkoda, żeby ta uroda się marnowała, bo uwierz mi kochana, ona nie będzie utrzymywać się wiecznie, naprawdę!
-Co? Nie będę zawsze młoda, szczupła i piękna? Dlaczego dowiaduję się o tym dopiero teraz?
-Przestań. - śmieje się. -Chodzi o to, że mój bardzo dobry przyjaciel przeprowadził się znowu do Londynu. Trochę mieszkał w Stanach, trochę w Kanadzie ale ponownie zahacza o Londyn. Pomyślałam, że może fajnie byłoby was wysłać na randkę w ciemno?
-Fajnie dla kogo, kiciu? Chyba nie dla mnie. Jeszcze w ciemno. Jestem za stara na takie rzeczy.
-Nawet mnie nie wkurzaj! Kiedy ostatnio do twojego tunelu zawitał jakiś pociąg?
-Aaaa, to my z randki już przeniosłyśmy się do tematu komunikacji miejskiej. Dziewczyno, ja zapomniałam jak wygląda pocałunek a co dopiero penetracja. Pociągami… - opowiadam nieco zawiedziona i zażenowana ale dokładnie taka jest prawda. Jakiekolwiek romantyczne relacje w moim życiu działy się tak dawno, że przeczuwam, iż nawet pradawni Egipcjanie o tym zapomnieli.
-No właśnie o tym mówię! WTF?
-Cherry, nie zważając na to jak wygląda moje życie seksualne, nie pójdę na żadną randkę w ciemno. Kto to w ogóle jest? - pytam z braku laku, nie dlatego bo jestem ciekawa. Oczywiście.
-Ma na imię Josh, znamy się z dzieciństwa, wiele razy mi pomógł w kwestiach wiadomo jakich. - patrzy na mnie z wyrzutem, nie mówiąc wprost o jej koszmarnych czasach dzieciństwa i okresu nastoletniego. - I ogólnie przyjaźnimy się całe życie.
-Naprawdę tylko się przyjaźniliście? Wiesz, takie rzeczy zbliżają ludzi.
-Ami-Bami, przecież nie umówiłabym cię ze swoim ex. Tylko przyjaźń. Zresztą przez całe lata nie miał w głowie dziewczyn. To znaczy może i miał ale to jakieś jednorazowe przygody. Skupiał się raczej na samorozwoju.
-I to ma mnie zachęcić? - pytam, prychając. - Zresztą o czym ja mówię… Nie biorę nic takiego pod uwagę.
-No i ogólnie jest wysoki, przystojny, ciemne włosy, pięknie zbudowany… - wylicza, kompletnie ignorując moje uwagi. -A tak w ogóle, hit! Jest bokserem! - wypowiada, jakby była tym szalenie podjarana, i tak między nami, chyba faktycznie jest. -I aktorem! - dopowiada.
-Cóż… Nieprawdopodobne połączenie. Jak to się niby stało?
-Wydaję mi się, że często bywał dublerem w jakichś scenach bijatyk? - nie wiem czy pyta mnie czy siebie. - I jakoś tak się stało, że ktoś w nim zobaczył potencjał no i poszły konie po betonie. Jest naprawdę dobry. Zobacz, macie coś wspólnego! Oboje jesteście artystami.
-Jak ma na nazwisko? - pytam frywolnie.
-O nie, nie. Wiem, że pierwsze co byś zrobiła jak wyjdziesz poza próg tego miejsca to zaczniesz go googlować i szukać tylko czarnych luk, żeby go sobie obrzydzić i robić wszystko, żeby go nie poznać.
-Cherry, nie mamy piętnastu lat.
-Jedna z nas chyba jednak ma! - patrzy na mnie z przestrogą, na co się lekko wzdrygam. Cherry potrafi być czasami przerażająca. I ekstremalnie przekonująca.
-Nie chce, proszę cię… Wiesz jakie to byłoby stresujące? Nie lubię randek w ciemno i nigdy nie lubiłam. Doceniam twoje intencje ale nie każ mi tego robić. - mówię, robiąc oczy szczeniaka, które zazwyczaj na nią działają.
-Dobrze. - wzdycha. - Niech ci będzie. Trudno. Tracisz wielką szansę na pobycie sam na sam z przystojniakiem i na dodatek z gościem, który jest NA ŻYCIE! Uwierz mi.
-Tak… Dziękuję. - uśmiecham się z ulgą, a w między czasie przerywa nam dźwięk wiadomości, którą dostaje moja przyjaciółka. Zerka na ekran swojego iphony.
-Cholera, co znowu! Wykończę się. Alan pisze, że gościu od zamków czeka już dwadzieścia minut przed drzwiami. Przepraszam cię… - mówi zdegustowana, dopijając szybko kawę.
-Nic się nie stało. - odpowiadam. - Widzimy się w piątek na waszej parapetówce? - upewniam się, bo kto wie czy po tych wszystkich perypetiach faktycznie do niej dojdzie.
-Oczywiście! - częstuje mnie szerokim uśmiechem i przytula. Odchodzi podejrzanie szybko i woła na odchodne. - Ubierz się ładnie, będzie na niej też Josh!
***
